poniedziałek, 5 lipca 2010

Oswajanie śmierci

Próbuję podejść moje lęki od wielu różnych stron. Teraz chciałam zmierzyć się z lękiem przed śmiercią – moim największym lękiem. W zasadzie nie dotyczy on samego procesu umierania, a tego co będzie potem. A konkretnie dwóch spraw: opuszczenia i kary. Nie mam bowiem wątpliwości w swoje wieczne istnienie – odbieram to tak naturalnie jak oddychanie. Wręcz przeciwnie, czasem wpadam w rozpacz z tego powodu, że nie mogę się unicestwić, że życie w wieczności jest nieuniknione i nie kończące się. Wynika to głównie z dużego skupienia na karze. Że nie potrafię wyobrazić sobie siebie w Niebie.
Postanowiłam sięgnąć po książki, które w rzetelny sposób przedstawiają relacje osób, który doświadczyły śmierci klinicznej i pamiętają, co działo się z nimi w tym czasie. Początkowo znalazłam takie pozycje jak: „Pamiętam jak umarłem” Paula Rolanda, czy bliższe wydawnictw katolickich „Po życiu. O niebie, piekle i czyśćcu” Michael Brown, czy „Życie po śmierci” z Biblioteki „Jezus żyje”. Jednak o ile pierwsza z książek prezentowała i promowała koncepcje związane z reinkarnacją, nie przedstawiała więc obiektywnego podejścia, natomiast dwie ostatnie niestety nie były wolne od specyficznego „moralizatorskiego” języka kościelnego – który od razu powoduje u mnie nasilenie myśli lękowych względem Boga i spraw ostatecznych.
Strzałem w dziesiątkę okazała się książka „Życie po życiu” Raymonda Moody, który podszedł do tematu bardzo naukowo. Autor jest lekarzem i dzięki temu miał do czynienia z wieloma pacjentami, z którym mógł przeprowadzać wywiady. Jako psycholog i doktor medycyny, mógł podejść do przypadków ludzi w sposób krytyczny. Jego książkę cechuje przede wszystkim rzetelność i mimo, że autor ukazuje swoje prywatne poglądy, to jednak pozostawia czytelnikowi dużą przestrzeń wolności w przekonaniach dotyczących tak ważnych, i jakże delikatnych spraw.
W książce Raymonda szukałam przede wszystkim dowodów na to, że śmierci nie trzeba się bać, że tam po drugiej stronie nie ma samotności i opuszczenia, a także że Bóg nie jest karzący i okrutny – z którego takim właśnie wyobrażeniem próbuję się uporać. Znalazłam wiele wypowiedzi potwierdzających moje głębokie nadzieje – że nie ma tam ani opuszczenia, ani kary rozumianej po ludzku, ani okrutnego karzącego i nie rozumiejącego Boga. Ogromną radość i nadzieję dały mi także wielokrotnie pojawiające się wypowiedzi, że ważne jest w życiu zdobywanie wiedzy i że w wieczności nadal będziemy mogli ją zdobywać. Bowiem jak myślałam o swojej śmierci i jej nieuchronności, to właśnie żal mi było m.in. tego, że nie będę mogła poznawać świata, podróżować i zdobywać wiedzy.
„Kiedy patrzyli na ten przegląd, owa istota jakby chciała podkreślić ważność dwóch spraw w życiu: by kochać bliźnich i by stale zdobywać wiedzę.”
Ludzie po śmierci nie doświadczali ani lęku, ani kary, ani opuszczenia…Nie żałowali także tego, że odeszli z tego świata.
„Byłem pomiędzy ludźmi, którzy wciąż ciągle walczyli o moje życie. Nie czułem bólu, ani strachu, czułem wypełniający mnie spokój.”
„Proszę pamiętać, że na ogół wszyscy stwierdzali, iż w pierwszych chwilach po śmierci pragnęli wrócić do swych ciał i odczuwali wielki żal z powodu zgonu. Jednak jeśli osoba umierająca osiągnęła pewien etap swojego przeżycia, nie chciała wracać do ciała, nawet opierała się temu. Zwłaszcza miało to miejscu w przypadku tych, którzy znaleźli się tak daleko, że zetknęli się ze świetlistą istotą.”
„Kiedy wróciłam do swego ciała, płakałam potem przez cały tydzień, bo musiałam żyć na tym świecie, a widziałam już tamten. Nie chciałam wracać.”
"Tylko raz byłam naprawdę przerażona, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie będę mogła umrzeć.”
Bóg nie jest okrutny, nie karze..  
„Ku swemu zdumieniu przekonują się, że kiedy świetlista istota widzi ich nawet najbardziej odrażające czyny, reaguje nie gniewem czy złością, lecz wyrozumiałością a nawet humorem.”(..)Wiele osób powróciło z nową koncepcją i nowym zrozumieniem przyszłego świata – wizją, która ukazuje niejednostronny osąd, lecz raczej wszechstronny rozwój, mający jako ostatni cel samorealizację. Wedle tego nowego poglądu rozwój duszy, zwłaszcza w dziedzinie miłości i wiedzy, nie kończy się wraz ze śmiercią.”
 Wiedza ma znaczenie…
„Wiedza, którą posiadam, jest formą pomocy, którą mogę świadczyć innym.”
Książka poruszyła kilka spraw, które nie dawały mi spokoju. Mianowicie – jedna ze spraw, która mnie przerażała – to błąkanie się duchów. Często miewałam lęki, że po śmierci będę się błąkać. Pocieszył mnie fakt, że w sumie niewiele spraw, rzeczy trzyma mnie na Ziemi. Oraz, że „ich stan był przejściowy”..
„Kilkanaście osób opowiadało mi, że w którymś momencie swej podróży po tamtej stronie spostrzegło jakieś istoty. Były one jakby „więźniami” jakiegoś nieszczęsnego bytu. Ci, którzy spotkali je na swojej drodze, zgadzają się co do kilku spraw. Po pierwsze stan emocjonalny tych istot uniemożliwiał im zerwanie więzów ze światem fizycznym. Jedna z badanych osób miała wrażenie, że duchy te nie mogły oderwać się od rzeczywistości fizycznej, gdyż były niewolniczo oddane sprawom tego świata: doczesnym dobrom, osobom lub nałogom. Po drugie, wszyscy wyczuwali, że duchy te błąkały się, co odróżniało je od innych istot. Po trzecie, ich stan był przejściowy i trwał do czasu uwolnienia się od ziemskich więzów.”
 Trudnym tematem pozostaje dla mnie także samobójstwo. Odczuwałam ogromny ból w sercu, z powodu łatwości jaką w Kościele mówi się o grzechach śmiertelnych, zapominając kompletnie o człowieku. Popełniasz samobójstwo? To grzech śmiertelny – nie zostanie wybaczony. Nie mogłam zrozumieć takiego podejścia. Sama doświadczyłam stanu krańcowej rozpaczy, kiedy śmierć wydaje się jedynym rozwiązaniem, jedyną drogą wyjścia. Wiem, co oznacza ten stan. Czy rozumiecie jak wielką siłą jest wola życia? Aby przeżyć człowiek może nawet popełnić wiele zła – zabić kogoś, zabrać jedzenie, nie podzielić się chlebem. Co więc musi się stać w człowieku, żeby dobrowolnie był w stanie odebrać sobie życie??! Jak wielkiego cierpienia musi doświadczać? Jakiej rozpaczy?

Przerażał mnie Bóg, który nie byłby zdolny do przygarnięcia człowieka, który popełnił samobójstwo w obozie koncentracyjnym.  Jednak staram się wierzyć, że Bóg jest bardziej miłosierny niż my i sam widzi z jakiego naprawdę powodu, w jakiej sytuacji człowiek popełnia ten dramatyczny czyn. Wiarę w miłość Boga budują słowa takie jak te:
„Mój przyjaciel, który przekroczył granicę „innego świata” na skutek śmierci klinicznej spowodowanej infekcją, kiedy zapytano go o takie sprawy, udzielił interesującej odpowiedzi. Wyraził przekonanie, że Bóg w swej naturze jest bardziej przebaczający i rozumiejący, aniżeli ludzie są w stanie sobie wyobrazić.”
 W książkach katolickich, które wspominałam na początku, też poruszono ten problem. Oczywiście w taki sposób, że znów obudził się we mnie wielki lęk przed Bogiem. Cieszę się, że Raymond także nie pozostawił tej kwestii. W sumie zaskoczyło mnie to, że jednak samobójstwo w wypowiedziach osób po śmierci klinicznej jawiło się jako zło i dało mi to znów do myślenia. Jednakże temat ten został poruszony w zupełnie innym klimacie, w zupełnie inny sposób. Z wielkim szacunkiem autor milknie przed pytaniami i pochyla się przed miłością Boga. Z tych wypowiedzi wyszłam w refleksji, a nie w lęku.

„Ludzie, którzy z różnych przyczyn chwilowo gościli po tamtej stronie, wyznają dość często, że powracali do życia z niechęcią. Natomiast Ci którzy dokonali próby samobójstwa, powracali z głęboką motywacją zmiany swojego życia, na nowo odnajdywali jego sens. Żaden z nich nie odważyłby się targnąć na siebie po razu drugi. Duża liczba osób, które „umarły” w naturalny sposób lub na skutek wypadku mówiła mi, że będąc w tym stanie doznała wrażenie, iż samobójstwo to bardzo niefortunny akt i ponosi się za niego karę. Jeden z mężczyzn, który przeżył śmierć kliniczną w następstwie wypadku, tak to ujął:
      Kiedy tam byłem, odczułem że dwie rzeczy są mi całkowicie zakazane – zabicie samego siebie i zabicie drugiej osoby. Jeśli popełniłbym samobójstwo, odrzuciłbym tym samym Boży dar życia, a jeśli zabiłbym innego człowieka, mógłbym pokrzyżować Boże plany względem tej osoby. 
Ktoś inny, kto przeżył śmierć kliniczną, powiedział mi, że podczas swojej bytności po tamtej stronie miał wrażenie, iż samobójcy zostają w jakiś sposób ukarani. Częścią ich pokuty miałoby być uczestnictwo w cierpieniach tych, którzy boleśnie odczuli ich utratę.”
Wiele problemu sprawia mi wciąż temat miłości. Boże przykazanie miłości bliźniego. W wypowiedziach, podczas przeglądania swojego życia, temat ten zawsze jest najważniejszy. Martwi mnie trochę, że nigdy nie padło pytanie o miłość do siebie. To polecenie „miłowania innych” doprowadza mnie do paranoi. Bowiem właśnie moja „wielka miłość” do mamy przyczyniła się w dużym stopniu do nerwicy. To taka miłość, która nie ma względu na siebie samego. Ja dziś nie potrafię kochać. Ponieważ nie potrafię kochać siebie, ani siebie zaakceptować. Mam nadzieję, że nie będę z tego powodu ukarana. Może całe życie zająć mi próba pokochania siebie. Może nie zdążę w swoim życiu pokochać drugiego człowieka taką prawdziwą miłością. A może policzone mi będą chociaż jakieś moje marne gesty wobec innych..Pod tym względem nie radzę sobie z ciągłym poczuciem winy…Miłość jaką poznałam, to miłość od Mamy – uzależniająca, zniewalająca, przejmująca kontrolę, karająca. Nie znam innej. I  jeśli to nie „ta” miłość, to ja nie wiem jak powinna wyglądać „ta”.

„Kiedy ujrzałam światło, spytało mnie najpierw „Czego dokonałaś, pokaż mi”.(…)A kiedy oglądałam poszczególne sceny nie widziałam światła. Zniknęło, jak tylko zadało mi pytanie, czego dokonałam, i kiedy zaczęły się ukazywać te obrazy (sceny z życia – przypis mój); ale wiedziałam, że ono jest ze mną przez cały czas, że mnie prowadzi przez te obrazy, bo czułam jego obecność, a od czasu do czasu robiło jakąś uwagę. Starało się w każdym takim obrazie coś mi pokazać. Jakby wcale nie chciało zobaczyć, co zrobiłam – to było mu wiadome – ale starało się wybrać pewne sceny z mego życia i ukazać mi je po to, bym je sobie przypomniała. Przez cały czas powtarzało, jak ważna jest miłość. (…)Dało mi do zrozumienia, że powinnam ze wszystkich sił dobrze czynić innym ludziom. A jednak nie było w tym nic z oskarżenia.(..)
 „Pytano mnie o miłość; czy nauczyłem się kochać. Wtedy rozumiałem wszystko doskonale, ale teraz trudno mi to wytłumaczyć. Owa istota chciałą, abym dokładnie wiedział, o jaki rodzaj miłości jej chodzi. Na pewno nie miała na myśli działania na szkodę innych, ale to, czy potrafię kochać nawet wtedy, gdy znam ludzi bardzo dobrze, nie wyłączając ich upadków i słabości.
Wspomniano o wiedzy jaką posiadłem. Jakiej wiedzy? Trudno mi to wytłumaczyć. Chodziło o tę dotyczącą elementarnych rzeczy, przyczyn ich istnienia, podstawowych zasad wszechświata.”

środa, 19 maja 2010

Sama sobie złym prorokiem

Całkiem niedawno przypomniało mi się pewne zdarzenie sprzed pierwszego ataku nerwicy. Myślę, że było to gdzieś około roku przed początkiem. Byłam na pierwszym roku studiów, podczas których braliśmy udział w zajęciach z filozofii. Były to zajęcia z grupy tych, które daje się studentom, żeby oprócz swoich normalnych zajęć znaleźli czas na refleksję, gdyż jak wiadomo studenci raczej takiego czasu nie mają zbyt wiele. Chyba generalnie, trzeba po prostu dostać w dupę i poczuć oddech śmierci, żeby zacząć się zastanawiać nad sprawami ostatecznymi.

Pamiętam, że z samych zajęć niewiele pamiętam, ale jedno pamiętam doskonale. Pewną pracę domową. Aby zaliczyć filozofię należało napisać rozprawę filozoficzną, ale temat każdy musiał sobie wybrać sam. Wiedziałam, że jestem dobra w pisaniu o rzeczach ogólnych, w tzw. „laniu wody”, w pisaniu słów pięknych, chwytających za serce. Wymyśliłam więc sobie temat, który będzie „łatwy” do napisania – coś, żebym mogła usiąść i puścić wodze fantazji…Jeszcze wtedy nie wiedziałam wiele o cierpieniu, mimo, że w wiele źródeł mojej nerwicy znalazło się w rodzinie, nie miałam zupełnie świadomości, że tak jest. Można powiedzieć, że nie wiedziałam, że różne złe zachowania są złe, ponieważ towarzyszyły mi od dziecka. Dopiero nerwica, a z nią wieloletnia terapia, zaczęły otwierać mi oczy na realia, w jakich żyłam.

A ja sobie wymyśliłam, że napiszę pracę o cierpieniu i odniosę się do niego sięgając do różnych postaw wobec życia – znanych w filozofii – stoicyzmu, epikureizmu..
Temat mojej pracy brzmiał  „Cierpienie – drzwi do wolności, szczęścia i Boga”..nie sądziłam, że niespełna rok później słowa te nabiorą dla mnie zupełnie nowego wymiaru.

Z perspektywy 10-letniego cierpienia słowa te nabrały dla mnie szczególnego znaczenia. Po pierwsze wolność – tego, czego w życiu brakowało mi jako jednej z nadrzędnych wartości – to wolności. Wolności do bycia sobą, do wyborów, decyzji, do uczuć, do życia…

W moim życiu przede wszystkim kierowało „muszę” i „powinnam”, a policjantem był i jest lęk. Brak wolności objął wszystkie moje sfery – począwszy od emocji, od stawania się i wyborów życiowych dróg, dokonywania złych wyborów i złych decyzji, popełniania błędów, odczuwania gniewu i złości, a skończywszy na DOBROWOLNYM byciu w Kościele…Ostatecznie nie doświadczyłam wolności w BYCIU człowiekiem. Nigdy nie pozwoliłam sobie na po prostu BYCIE człowiekiem. Wolność jest dla mnie dziś także najbardziej podstawowym warunkiem MIŁOŚCI. Wbrew pozorom wciąż nie wiem czym jest miłość i co to znaczy kochać. Wiem już dziś jedynie, że ofiarniczość nie jest miłością. Jedyne do czego udało mi się dojść na razie, że z miłością bardzo silnie związana jest wolność, którą daję drugiemu człowiekowi, jeśli go kocham. Jak dla mnie przejawia się ona oprócz pełnej akceptacji człowieka (oczywiście to nie znaczy, że akceptuję jak mnie leje, ale to inna dyskusja i napiszę o tym innym razem), także rezygnacją z manipulacji nim, rezygnacji z emocjonalnego wymuszania tego co chcę osiągnąć, a także m.in. z rezygnacji z uzależniania kogoś od siebie. Wszelkie uzależnianie nie jest wolnością.

Pierwszą i podstawową korzyść, jaką przyniosła mi nerwica, choć korzyść to może za duże słowo, to właśnie uświadomienie sobie, że podstawą miłości i warunkiem doświadczenia własnej godności i jest właśnie doświadczenie własnej wolności. Z tego także względu walczę o to, żeby nie bać się Boga, kiedy kolejną niedzielę nie jestem w Kościele, kiedy wkurzam się na kogoś, kiedy kogoś nienawidzę, kiedy odczuwam gniew i wściekłość, pozwalać sobie na to, żeby nie wszyscy mnie lubili, i żebym ja nie lubiła wszystkich i na wiele jeszcze innych, znacznie poważniejszych rzeczy.

Wolność jak dla mnie, w związku z tym, że jest warunkiem miłości, jest także warunkiem doświadczenia szczęścia. Wolność dzisiaj ma dla mnie szczególne znaczenie – w zasadzie to właśnie wolność staje się dla mnie drzwiami do szczęścia, do Boga – tak przynajmniej próbuję. Wolność do odczuwania tak jak czuję, a nie tak jak oczekuje ode mnie świat, rodzice, inni ludzie….A nawet wolność do popełnienia grzechu i wolność do tego, żeby tego grzechu nie popełnić…

I taka właśnie głupia i naiwna praca domowa..

czwartek, 6 maja 2010

Człowiek w poszukiwaniu sensu

Viktor Frankl był niezwykłym człowiekiem, chociażby już z tego powodu, że przeżył obóz w Auschwitz. Często poszukiwałam literatury obozowej, bo w jakiś sposób odnajdywałam się w klimacie tamtego ciągłego lęku i oddechu śmierci. Chociaż oczywiście nigdy nie odważyłabym się porównywać mojej sytuacji z sytuacją ludzie w obozie.

Viktor Frankl był austriackim psychiatrą. Zasady swojej terapii opartej na sensie opracował jeszcze przed II wojną światową. Doświadczenia obozowe niewątpliwie pogłębiły jego przemyślenia.

Książka „Człowiek w poszukiwaniu sensu” składa się z dwóch części. Pierwsza przedstawia kilka faktów z obozowego życia. Autor raczej unika dosadnych opisów, ale z treści jasno wynika z jak bezwzględną rzeczywistością musiał się zmierzyć człowiek w obozie koncentracyjnym. W drugiej części przedstawia założenia logo terapii.  Logoterapia zakłada, że człowiek, aby żyć i osiągać z życia satysfakcję potrzebuje odnaleźć  swój własny sens, który pomoże mu przetrwać nieuniknione cierpienie oraz trud związany z życiem.

Nie będę opisywać książki. Po prostu wypiszę kilka jego zdań, które szczególnie utkwiły mi w pamięci.

 „Nagle poraziła mnie pewna myśl, po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatania w pieśni poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek.(..) Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krotką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał….kontemplując z uczuciem noszony obraz najdroższej nam osoby.”


„W miarę nasilania się wewnętrznych przeżyć więźnia, jak nigdy wcześniej przeżywał on również piękno sztuki i natury.”


„Pokuszę się na tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia,  gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary.  Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość  człowieka, bez względu na to czy cierpimy ogromnie, czy też tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęcia najzupełniej względnym.”


„My, którzy byliśmy więźniami w obozach koncentracyjnych dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie było ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru swojej własnej drogi.(..)
Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. ..


Aktywne życie daje człowiekowi możliwość realizowania swoich wartości poprzez kreatywną pracę, a bierna umiejętność odczuwania przyjemnych doznań  pozwala mu odnaleźć spełnienie poprzez doświadczanie piękna, natury i sztuki. Gdyby jednak odrzeć ludzkie życie z wszelkiej kreatywności i przyjemności, pozostanie w nim jeszcze jedna wartość, dopuszczająca jedynie zachowania najwyższej moralnej próby; wartością tą jest mianowicie nastawienie człowieka do własnej egzystencji – egzystencji podlegającej zewnętrznym ograniczeniom.(…) Ale nie tylko życie kreatywne i polegające na bogactwie doznań ma sens; skoro życie jako takie ma jakikolwiek sens, wówczas musi go mieć również cierpienie. To, w jaki sposób człowiek akceptuje swoje przeznaczenie i cierpienie, jakie ono ze sobą niesie, to, w jaki sposób bierze na swoje barki krzyż, może być dla niego – nawet w najtrudniejszych chwilach- wyjątkową okazją do pogłębienia sensu własnego życia.(..) Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los.”


„Jak już podkreśliłem, stan psychiczny więźnia był w ostatecznym rozrachunku nie tyle skutkiem wyżej wymienionych czynników psychofizycznych, ile wynikiem świadomie podjętej decyzji. (..) Człowiek, który nie dostrzegał końca swojej „tymczasowej egzystencji”, nie był w stanie dążyć do jakiegokolwiek celu. (..) Nie widząc dla siebie w przyszłości żadnego celu, do którego miałby dążyć, więzień obozu upadał na duchu i pogrążał się w retrospektywnych rozmyślaniach. (..) Odrealnianie naszej „tymczasowej egzystencji” było samo w sobie ważnym powodem, dla którego więźniowie tracili chęć do dalszego życia – z tej perspektywy bowiem wszystko wydawało się pozbawione sensu.


„Więzień, który stracił wiarę w przyszłość – w swoją przyszłość – był skazany na zagładę. Wraz z utratą wiary w przyszłość tracił jednocześnie swoją orientację duchową.  Rezygnując z walki o samego siebie, popadał w psychiczną i fizyczną ruinę.(..) Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. (..) Sami musieliśmy się uczyć, a następnie przekazywać zrozpaczonym towarzyszom, że nie liczy się to, czego my oczekujemy od życia, ale to czego życie oczekuje od nas. Musieliśmy przestać zadawać sobie pytania o sens naszej egzystencji, a w zamian nauczyć się myśleć o sobie jak o ludziach poddawanych przez życie – w każdej godzinie dnia – nieustannemu egzaminowi.(..) Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.”


„Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże się nam w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej istoty ludzkiej, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.”

To jest tylko kilka wyrywków z książki. Oddają one w pełni ducha Frankla. Czasem mnie to przeraża, że ja właśnie już się poddałam. Już nie mam celu. Już nie walczę. Nie widzę sensu walki. Teoretycznie wiara z zbawczą moc cierpienia powinna mi pomóc. Może ofiarowanie go za moich bliskich żyjących i zmarłych dała by mi więcej sił. Ale nie. Ja już po prostu nie chce cierpieć. Nie potrafię przyjąć do serca i zgodzić się wewnętrznie na koncepcję pomagania moim bliskim poprzez moje własne cierpienie i ból. Wiem, że dla wielu świętych to była właśnie droga. Ale ja muszę zacząć od podstaw – aby przestać się Boga w ogóle bać i uwierzyć w to, że On jest przede wszystkim miłością.

sobota, 1 maja 2010

Komu potrzebna jest modlitwa?

Modlitwa. Niby sprawa jest oczywista. Wychowani w wierze katolickiej modlimy się od dziecka. „Ojcze nasz, któryś jest w Niebie…”. Z wiekiem słowa tracą znaczenie. Zostaje odmawianie. Od kiedy pamiętam modliłam się. Przez ostatnie 10 lat też się modliłam. O uzdrowienie. Po 10 latach modlitwy straciłam nadzieję, że moja modlitwa przyniesie uzdrowienie. Wtedy też uświadomiłam sobie, że nawet jeśli będę klęczeć codziennie po 10 godzin na grochu i odmawiać 20 różańców, to nie przyniesie mi uzdrowienia, bo Boga nie da się zmusić do uczynienia czegoś według własnej woli.

Wtedy też dotarło do mnie, że taka modlitwa ma dwie strony, i obie prowadzą do nikąd. Z jednej strony zrozumiałam, że taka błagalna modlitwa jest swego rodzaju próbą manipulacji Bogiem, który, jak mamy nadzieję, pewnego dnia ugnie się pod ciężarem naszych poświęceń, umartwień i błagań i spełni naszą prośbę – nasz pomysł na rozwiązanie danego problemu. A Bóg jest wolny, nigdy nie ulega manipulacjom. To z kolei prowadzi do pułapki, że Bóg jest bezlitosnym tyranem, który jest głuchy na nasze błagania. Bo bóg, w którego wierzyłam, właśnie taki mi się okazał po tych 10 latach modlitw. I odkryłam, że jeśli Bóg jest taki, to wiara jest gówno warta. Więc gdzieś, coś się nie zgadza. Gdzieś został popełniony błąd. Uświadomiłam sobie, że jeśli Bóg kocha ludzi bardziej, niż ludzie siebie samych i swoich bliskich, to moja modlitwa błagalna o moje uzdrowienie, bądź o uzdrowienie, któregoś z moich bliskich jest nic nie warta. A tylko wzmacnia wizerunek boga, który nie ma litości, który chce, żebyśmy błagali go, a on, zależnie od humoru, albo da komuś uzdrowienie, albo nie. Dziś nie wierzę w takiego boga. Nie wiem jaki jest Bóg, ale staram się ufać, że kocha bardziej niż my sami.

Dotychczas modliłam się w duchu „pomóż jej, uratuj go, uzdrów mnie proszę”. A dziś widzę wyraźnie, że taka forma modlitwy wzmacniała we mnie nie tylko nieprawdziwy wizerunek Boga, ale także nieświadome przekonanie, że to JA kocham bardziej człowieka niż Bóg, bo to MI bardziej zależy na jego dobru, zdrowiu i szczęściu niż Bogu, więc to JA błagam Boga o te dary.

Modlitwa w takim rozumieniu straciła dla mnie wszelki sens. Dlatego od 3 miesięcy się nie modlę w ten sposób. Próbuję znaleźć sens modlitwy na nowo, zrozumieć kto jej potrzebuje i dlaczego, a także, o co właściwie chodzi w modlitwie. Doświadczam obecnie cierpienia bliskiej mi osoby. Nie mogę do tej osoby pójść, porozmawiać, potrzymać za rękę, być z nią, otrzeć łzy. Na razie nie rozumiem o co chodzi w modlitwie. Jedyne co ma dla mnie sens, to usiąść przed Bogiem w ciszy i w ciszy, razem z Nim pójść do bliskich, dla których pragnę dobra. A jeśli pragnę dobra dla siebie, to też po prostu mogę jedynie usiąść w ciszy. Ta forma modlitwy jest jedyną, którą w ostatnim czasie mogę przyjąć sercem. Do czego to porównać? Wiele osób mówi, że modlitwa to jak rozmowa z bliskim człowiekiem. Ale jak mówić o rozmowie, kiedy to NIE jest rozmowa, taka jak ją znamy. Bowiem ja mogę teraz mówić, ale ON może teraz milczeć. Nie mogę na Niego popatrzeć, nie mogę też wziąć potrzymać Go za rękę, albo się do Niego przytulić. Jak więc mogę stworzyć relację? Znam tylko ludzkie relacje, mieszkam w ciele i nie potrafię być duchem, zachowywać się jak duch i myśleć jak duch, póki jestem człowiekiem w ciele. Nie potrafię stworzyć relacji, która jest między duchami, ponieważ jestem na Ziemi, mam rozum i umysł z ciała. Stworzenie relacji z Bogiem jest dla mnie trudne. Trochę jak mrówka, która ma stworzyć relację ze słoniem.

Tak więc jedynie co pozostaje to usiąść i milczeć i ufać, że On wie doskonale co dzieje się w moim sercu i nawet jeśli zdecydował teraz milczeć, to trwa swoim sercem przy mnie.