Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 stycznia 2011

Co to jest pokuta? Klęczenie na grochu i samobiczowanie?

Po tylu latach słuchania o tym, jak bardzo grzeszni jesteśmy i że powinniśmy nawracać się i pokutować, w mojej głowie pozostały jedynie te puste słowa i jakieś pełne cieni skojarzenia ich znaczenia. Co to bowiem znaczy pokutować? Pierwsze skojarzenie to klęczeć na grochu i nawalać się jakimś biczem – niby skojarzenie przestarzale i archaiczne, ale czy na pewno? Dzisiaj znaczenie słowa „pokuta” bardziej czuję niż widzę. Kojarzy mi się ono z jakimś okrutnym cierpieniem, z jakiegoś rodzaju karą skierowaną na siebie, z poniżeniem, z umniejszaniem. Kiedy słyszę w konfesjonale lub w Kościele, że mam czynić pokutę, co to dla mnie znaczy?

Chociaż w praktyce oznacza to odmówienie dziesiątki różańca, albo Ojcze Nasz, to jednak gdzieś w podświadomości mam chęć ukarania siebie, za to jak grzeszna jestem. I ta podświadomość nie pozostaje pusta – bowiem karać się mogę na różne sposoby. Chorobą, cierpieniem, bólem żołądka lub beznadziejną pracą, niekończącym się poczuciem beznadziejności. Poczuciem nie zasługiwania na uczucie radości, na dobrobyt finansowy, na to, żeby mi się wiodło.

Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, w ten sposób, aż natrafiłam na książkę „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise L. Hay. Brzmi jak jedna z wielu magicznych książek amerykańskich typu Potęga podświadomości itp., ale mimo to postanowiłam podejść do niej bez wewnętrznych uraz, z otwartym sercem. Jej autorka żyła jak wielu z nas, do czasu, aż zachorowała na raka. Wtedy podjęła zmianę przede wszystkim na poziomie swojego myślenia – oddanie się Bogu (jak ją nazywa Wszechmocną Inteligencją) oraz postawienie na akceptację i miłość do siebie, a także do innych ludzi. Miłość do siebie objawiającą się przez pracę nad myśleniem, odżywianiem dbaniem o siebie, pracę nad przeżyciami, ranami i urazami, przebaczenie i pozytywne nastawienie do ludzi. Oraz zajęcie się kwestią własnej odpowiedzialności za swoje życie i szczęście.

Bez względu na opory, które pojawiały się w mojej głowie, a także biorąc pod uwagę, że w pewne kwestie podane w tej książce po prostu nie chcę dzisiaj wierzyć, to jednak podjęłam próbę pracy z myślami na swój własny temat i na temat mojego życia. I jedno mnie zaskoczyło – kiedy zaczęłam mówić sobie, że mam prawo do szczęścia, mam prawo do dobrego samopoczucia i nie muszę się karać, poczułam ogromną ulgę. Uświadomiłam sobie, że cały czas gdzieś w mojej głowie podtrzymywałam myśli, że jestem złym człowiekiem i jestem winna – skoro jestem winna zasługuję na karę – na cierpienie, bycie nieszczęśliwą, na ból fizyczny. Czyli właśnie to, co jest moim udziałem od tylu już lat. Taka moja prywatna pokuta. Przykro mi jest, że źle zrozumiana pokuta, może powodować takie konsekwencje. Oczywiście nie jest to tylko kwestia rozumienia pokuty, ale także wielu innych spraw – jednak pokuta jest jedną z nich.

Oddaję się więc w ręce Boga, niech On mnie sądzi, chociaż czy Miłość może sądzić?

Ja już więcej nie chce wymierzać sobie kary, nie chcę pokutować w ten sposób (przynajmniej będę się starała.

Jeszcze raz pytam, czym więc jest pokuta? Odpowiedź znalazłam w niezwykłej książce „Jezus – terapeuta wszech czasów” Marka W. Bekera. Będę o niej pisała jeszcze nie raz.

Mark pisze:
Większości ludzi pokuta kojarzy się z wyrzutami sumienia w związku z jakimś złym postępkiem. Pokuta jest dla nich rodzajem karania samych siebie lub poczuciem winy wynikającym z tego, że zrobiło się coś, czego nie powinno się robić. Jezus widział to inaczej. Według Jezusa akt pokuty syna miał miejsce nie w chwili, gdy błagał ojca o przebaczenie (przypowieść o synu marnotrawnym), lecz wówczas, gdy postanowił zmienić swoje życie i wrócić do domu. Wyrzuty sumienia niewiele znaczyły, w porównaniu z decyzją o zmianie stylu życia. W Biblii pokuta jest wyrażona słowem „metanoia”, co oznacza „zmianę sposobu myślenia”....Pokuta nie oznacza złego samopoczucia, lecz zmianę kierunku.
Wielu wierzących wierzy, ponieważ czują się winni, i mają nadzieję, że dzięki religii będą mieli lepsze zdanie na swój temat. Uczestniczą w obrzędach religijnych, rozdają pieniądze ubogim i starają się wieść przykładny żywot tylko po to, aby nie mieć poczucia winy.

Boże dziękuję Ci, że budujesz we mnie zdrowe rozumienie czegoś tak ważnego jak „pokuta”.

niedziela, 7 listopada 2010

Czy diabeł czai się za każdym rogiem?

Wśród różnych dróg, którymi próbowałam chodzić w krainie katolicyzmu, pojawiła się także specyficzna powiedziałabym (bo trudne to są wszystkie duchowe drogi), droga w pobliżu szatana. Szukając pomocy dla mojego udręczonego ciała i psychiki trafiłam do niewątpliwie niezwykłego człowieka, księdza egzorcysty. Już od dłuższego czasu, oprócz indywidualnych modlitw, prowadził on specjalne nabożeństwa z egzorcyzmami, dla osób, które cierpiały na różnorodne udręczenia duchowe i fizyczne.  W tamtym czasie taki człowiek jak ksiądz Jan, był dla mnie kimś podnoszącym na duchu i karmiłam się u niego nadzieją.  Sam kapłan – ze swoim ciepłem i charakterem dobrego i wyrozumiałego „dziadka”, który bierze w opiekę wszystkich cierpiących ludzi (a niewątpliwie w jego otoczeniu było ich wielu) był źródłem wielkiego wytchnienia, ale także – przez specyfikę jego posługi była źródłem wielu lęków. Byłam świadkiem wydarzeń, które dały mi wiele do myślenia.

Przede wszystkim pierwszy szok to momenty, w których uczestniczyłam w egzorcyzmach, jako pomocnik lub obserwator. Jak przeciętny katolik o egzorcyzmach słyszałam tylko, to z jakichś horrorów, to czasem z niegrzeszących inteligencją gazet, albo czytałam o tym w Biblii. Nie słyszałam jednak nigdy wcześniej o tym, że dziś takie rzeczy mają miejsce. I mimo, że w dzieciństwie, a także dorosłym już wieku wielokrotnie doświadczałam lęku przed duchami, nic w zasadzie nie wiedziałam o egzorcyzmach. Także pierwsze doświadczenie było dla mnie wstrząsające – bałam się. Widziałam jak kilka osób trzymało jedną osobę, która miała dużo siły, przewracała oczami, krzyczała i rzucała się. Widziałam także pojawiające się na skórze znaki. W tamtym okresie miałam wrażenie, że odczuwam wielką siłę i potęgę szatana i przerażało mnie to. Mimo, że ksiądz, a pytałam go o to wielokrotnie, nie bał się nigdy szatana i jego siły, zawsze powtarzał, że szatan jest już zwyciężony, a to się dzieje za wiedzą i pozwoleniem Boga, który jest ponad szatanem (jak trudno zrozumieć, że Bóg się na coś takiego zgadza, ale to problem znacznie większy, na który nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi – zgody wszechmocnego Boga na zło w świecie). Po takich doświadczeniach odnosiłam wrażenie, że moja psychika, moje ciało w jakiś sposób są poddawane udrękom przez samego szatana (trudno w takich warunkach nie myśleć inaczej), co z czasem wpędzało mnie w poczucie coraz większej bezradności i przerażenia. Nie widziałam, ani nie doświadczałam bowiem siły Boga, a widziałam co szatan wyprawia z człowiekiem.

W tamtym czasie nie rozumiałam do końca słów świętej pamięci księdza Romana Indrzejczyka – wspaniałego człowieka – ofiary tragedii smoleńskiej z 10 kwietnia, który mówił mi, że choć działanie egzorcystów jest godne pochwały i potrzebne, często może, zwłaszcza osoby, których udręki są bardziej spowodowane zaburzeniami psychicznymi, doprowadzić do eskalacji lęku i poczucia bezradności, a wykrzywić obraz Boga. Ale przyszedł czas, że wspomniałam jego słowa i przyznałam mu całkowitą rację. Stało się to w momencie, kiedy jedna z osób, w której egzorcyzmie uczestniczyłam (a był to naprawdę smutny i przerażający widok) przyznała mi się, że każdy z tych egzorcyzmów był udawany i od tamtego czasu więcej ich nie miała. Sam egzorcyzm przynosił tej osobie wiele korzyści – począwszy od opiekuńczej postawy wielu osób dookoła, a skończywszy na postawie samego kapłana, który okazywał wiele ciepła i serca. Na początku trudno było mi to wszystko zrozumieć, ale z czasem dotarło do mnie, że człowiek jest naprawdę bardziej skomplikowany niż sądziłam, a działanie szatana jest znacznie większą tajemnicą, niż ta którą znamy z horrorów.

Dziś jak o tym myślę, mam wrażenie, że spora część „klientów” egzorcystów faktycznie ma przede wszystkim problemy psychiczne – co potwierdza również czołowy włoski egzorcysta Gabriele Amorth w swojej książce „Śledztwo w sprawie szatana”. I mimo, że często z egzorcystą współpracują psychologowie i psychiatrzy, rozróżnienie faktycznych udręk spowodowanych przez szatana (bo nie mam na myśli opętania, które jak się zdaje można jakoś odróżnić od choroby psychicznej) nie jest takie proste. Myślę, że jednak na cały ten temat nie ma prostych odpowiedzi – bo to należy do znacznie większej tajemnicy, niż to co jesteśmy w stanie zrozumieć. W zasadzie zostały mi dwie myśli – że szatan działa (w to nigdy nie wątpiłam), ale że równie dobrze może maczać swoje palce nawet w najzwyklejszych zaburzeniach psychicznych, a nie tylko spektakularnych opętaniach, o czym po prostu nie musimy wiedzieć (ale my tej granicy nigdy nie będziemy w stanie określić), oraz że należy być niezwykle ostrożnym w dopatrywaniu się w każdym działaniu, cierpieniu, bądź innej religii jego działania (jak robią to niektóre ruchy religijne i osoby w kościele katolickim).

Moje doświadczenia i lęki z tamtego okresu były mocno wzmacnianie przez ruchy zielonoświątkowe – w swoim podejściu do New Age, homeopatii, jogi, medycyny i religii wschodu. Niektórzy dość dosadnie pisali właśnie o duchowości wschodniej – jak o. Verlinde w książce „Bóg wyrwał mnie z ciemności” podkreślając rolę szatana w tego typu duchowości. Ponieważ pierwszym lekarzem, który stwierdził u mnie nerwicę lękową była doktor nauk medycznych, która leczyła homeopatią, to właśnie homeopatia była lekiem, który brałam w pierwszym, najtrudniejszym roku. I chociaż nie pomagała mi ona, to stanowiła jakąkolwiek deskę ratunku w tamtym czasie. Jednakże potem, kiedy znalazłam się w tym specyficznym duchowym środowisku wiele osób powtarzało mi, że to roczne branie homeopatii dało dostęp szatana do mnie i być może dlatego nie mogę teraz z tego wyjść. Ludzie udzielali mi wiele mądrych rad – a to miałam się wyspowiadać, a to miałam się wyrzec homeopatii, a to miałam poddać się egzorcyzmom – co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że szatan czai się wszędzie, nawet w aptece, że czai się także wtedy, kiedy nie chcę mieć z nim nic wspólnego, i że mogę go wpuścić do swojego życia zupełnie nieświadomie. Nadal oczywiście uważam, że należy być ostrożnym, jednakże pragnę także wierzyć, że znacznie ważniejsze jest szukanie Boga i pragnienie bycia z nim, a nie koncentrowanie się na unikaniu diabła, który czai się za rogiem.
Jak to pięknie podsumował Tomas Halik w swojej książce „Drzewo ma jeszcze nadzieję”:
Zwłaszcza w ostatnim czasie i w naszym kraju nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wielu zielonoświątkowców więcej uwagi poświęca „duchom zła” niż Duchowi Chrystusa. Jeśli liberalne chrześcijaństwo zbyt szybko wyprowadziło diabła z salonów religii humanistycznej, to z kolei fundamentaliści i zielonoświątkowi „charyzmatycy”  gorliwie się nim zajmują, przypisują mu niezwykle ważne miejsce w dzisiejszym świecie i odkrywają go za każdym rogiem; w tych kręgach kościelnych egzorcysta znów stał się atrakcyjnym zawodem.(..)
Nie wątpię, że nasz świat potrzebuje egzorcyzmu i egzorcystów, jednak ci, którzy do tego zadania tak skwapliwie się garną, powinni mieć świadomość związanego z nim ryzyka; diabeł jak wiadomo jest doświadczonym dialektykiem – a ci, którzy wzorem świętego Prokopa chcą razem z nim orać, mogą przy swojej wielkiej gorliwości i przy drobnej nieuwadze niespodziewanie szybko znaleźć się roli zaprzężonego do pługa.
Co za gość ! Lepiej bym tego nie ujęła. Te słowa pomogły mi jakoś odnaleźć się w tych moich doświadczeniach.  I tak dziś czuję – nie poświęcam zbyt dużo czasu potędze szatana, a staram się kierować własną intuicją i zdrowym rozsądkiem. Z tego właśnie powodu zaczęłam ćwiczyć jogę (raczej mniej niż bardziej regularnie), ale ta decyzja wiązała się wcześniej z długotrwałą analizą, no bo przecież jak mam iść na „tak niebezpieczne ćwiczenia”. Jak wspaniale jest czuć się rozciągniętym, nie ściśniętym, jak wspaniale ćwiczyć z tak ważnym szacunkiem do ciała, jakiego nie odnajduję w żadnym naszym, powiedzmy normalnym-zachodnim, sporcie. Dziś podchodzę do duchowości wschodu z wielkim szacunkiem.  Przeczytałam „Joga światłem życia” Iyengara, gdzie odnalazłam wiele punktów wspólnych z chrześcijaństwem, i różnic, które już przecież wynikają z samej, jakże innej, kultury. Jak dobrze, że Bóg dał nam tak różnorodne drogi dojścia do siebie. Co oczywiście nie oznacza, że warto od razu wchodzić po wszystkich szczeblach jogi – żeby dojść do ostatecznego oświecenia.

Swego czasu miałam także inne trudne, ale jakże uczące, doświadczenie związane z New Age. Mianowicie mogłam zdobyć pracę związaną z moim zawodem, jednakże moim szefem miał być człowiek głęboko zaangażowany w New Age – stosujący chanelling, mający swego prywatnego przewodnika – jakąś istotę duchową (nota bene, to właśnie ta istota namówiła go na zatrudnienie mnie). Sama jednak praca nie była związana z New Age, ale wiązała się z pracą w wynajętym przez tego człowieka mieszkaniu, w którym oprócz biura była też jego część mieszkalna. Znajomy kapłan, kiedy się o tym dowiedział, znając moje problemy i cierpienia, namawiał mnie do rezygnacji z tej pracy. Naszły mnie lęki – że jeśli zostanę to zły będzie mnie straszył, a moje cierpienia nasilą się. O, wobec takich argumentów ogarnęło mnie przerażenie, przecież nie mam tu nic do gadania, jak bowiem zdecydować się na pracę w towarzystwie działającego diabła? Jednakże z drugiej strony – przecież ja byłam cały czas z Panem (w tamtym czasie codziennie uczestniczyłam we Mszy Św., dużo adorowałam Pana), także pozyskanie pieniędzy na moje wynagrodzenie odbyło się niemalże w cudowny sposób i było poprzedzone półrocznymi przygotowaniami oraz stałą modlitwą i oddaniem Panu.

Wtedy podjęłam jedną z trudniejszych decyzji w moim życiu duchowym, ale także jedną (jak to bywa) z najbardziej owocnych. Przeciwstawiłam się namowom kapłana (co było dla mnie niezmiernie trudne) i swoim lękom. Zostałam w pracy. I co prawda – przez pierwsze miesiące bałam się, święciłam po cichu wszystkie książki szefa, rozstawiałam obrazki Matki Boskiej (może to dziś trochę śmieszne) oraz podejmowałam wiele rozmów z szefem (sądziłam, że skoro zostałam, muszę mu mówić wiele o naszej wierze i jej bronić - co też z dzisiejszego punktu widzenia zdaje się być śmieszne). Ale co mi to dało – dało mi prawdziwe poczucie wolności – nie lęku, a właśnie odwagi i zaufania do Boga, a także zrozumienia dla ludzi, którzy ze szczerego serca wybierają inną drogę. Wierzę, że Bóg docenia każdy wysiłek i że jednak prowadzi każdego. Każdy z nas wielokrotnie będzie schodził z dobrej drogi, być może nawet na wiele lat (wcale nie tak łatwo stwierdzić, która droga jest tą dobrą, bo samo chodzenie do kościoła niewątpliwie dobrej drogi nie stanowi), ale wierzę, że najważniejsze jest szczere poszukiwanie i śmiem mieć nadzieję, że to jest właśnie dla Pana najważniejsze. Szczera postawa na jakiejś drodze.  To doświadczenie także nauczyło mnie, że zawsze tylko my sami możemy podjąć dobrą decyzję i że żaden ksiądz, nawet najmądrzejszy, nie może i nie powinien zdjąć z nas samodzielnego myślenia, samodzielnego podejmowania decyzji, wzięcia odpowiedzialności – nawet w imię wielkich i ważnych duchowych spraw. I że nie należy takich decyzji, w szczerości swojego serca, się bać. Amen

poniedziałek, 5 lipca 2010

Oswajanie śmierci

Próbuję podejść moje lęki od wielu różnych stron. Teraz chciałam zmierzyć się z lękiem przed śmiercią – moim największym lękiem. W zasadzie nie dotyczy on samego procesu umierania, a tego co będzie potem. A konkretnie dwóch spraw: opuszczenia i kary. Nie mam bowiem wątpliwości w swoje wieczne istnienie – odbieram to tak naturalnie jak oddychanie. Wręcz przeciwnie, czasem wpadam w rozpacz z tego powodu, że nie mogę się unicestwić, że życie w wieczności jest nieuniknione i nie kończące się. Wynika to głównie z dużego skupienia na karze. Że nie potrafię wyobrazić sobie siebie w Niebie.
Postanowiłam sięgnąć po książki, które w rzetelny sposób przedstawiają relacje osób, który doświadczyły śmierci klinicznej i pamiętają, co działo się z nimi w tym czasie. Początkowo znalazłam takie pozycje jak: „Pamiętam jak umarłem” Paula Rolanda, czy bliższe wydawnictw katolickich „Po życiu. O niebie, piekle i czyśćcu” Michael Brown, czy „Życie po śmierci” z Biblioteki „Jezus żyje”. Jednak o ile pierwsza z książek prezentowała i promowała koncepcje związane z reinkarnacją, nie przedstawiała więc obiektywnego podejścia, natomiast dwie ostatnie niestety nie były wolne od specyficznego „moralizatorskiego” języka kościelnego – który od razu powoduje u mnie nasilenie myśli lękowych względem Boga i spraw ostatecznych.
Strzałem w dziesiątkę okazała się książka „Życie po życiu” Raymonda Moody, który podszedł do tematu bardzo naukowo. Autor jest lekarzem i dzięki temu miał do czynienia z wieloma pacjentami, z którym mógł przeprowadzać wywiady. Jako psycholog i doktor medycyny, mógł podejść do przypadków ludzi w sposób krytyczny. Jego książkę cechuje przede wszystkim rzetelność i mimo, że autor ukazuje swoje prywatne poglądy, to jednak pozostawia czytelnikowi dużą przestrzeń wolności w przekonaniach dotyczących tak ważnych, i jakże delikatnych spraw.
W książce Raymonda szukałam przede wszystkim dowodów na to, że śmierci nie trzeba się bać, że tam po drugiej stronie nie ma samotności i opuszczenia, a także że Bóg nie jest karzący i okrutny – z którego takim właśnie wyobrażeniem próbuję się uporać. Znalazłam wiele wypowiedzi potwierdzających moje głębokie nadzieje – że nie ma tam ani opuszczenia, ani kary rozumianej po ludzku, ani okrutnego karzącego i nie rozumiejącego Boga. Ogromną radość i nadzieję dały mi także wielokrotnie pojawiające się wypowiedzi, że ważne jest w życiu zdobywanie wiedzy i że w wieczności nadal będziemy mogli ją zdobywać. Bowiem jak myślałam o swojej śmierci i jej nieuchronności, to właśnie żal mi było m.in. tego, że nie będę mogła poznawać świata, podróżować i zdobywać wiedzy.
„Kiedy patrzyli na ten przegląd, owa istota jakby chciała podkreślić ważność dwóch spraw w życiu: by kochać bliźnich i by stale zdobywać wiedzę.”
Ludzie po śmierci nie doświadczali ani lęku, ani kary, ani opuszczenia…Nie żałowali także tego, że odeszli z tego świata.
„Byłem pomiędzy ludźmi, którzy wciąż ciągle walczyli o moje życie. Nie czułem bólu, ani strachu, czułem wypełniający mnie spokój.”
„Proszę pamiętać, że na ogół wszyscy stwierdzali, iż w pierwszych chwilach po śmierci pragnęli wrócić do swych ciał i odczuwali wielki żal z powodu zgonu. Jednak jeśli osoba umierająca osiągnęła pewien etap swojego przeżycia, nie chciała wracać do ciała, nawet opierała się temu. Zwłaszcza miało to miejscu w przypadku tych, którzy znaleźli się tak daleko, że zetknęli się ze świetlistą istotą.”
„Kiedy wróciłam do swego ciała, płakałam potem przez cały tydzień, bo musiałam żyć na tym świecie, a widziałam już tamten. Nie chciałam wracać.”
"Tylko raz byłam naprawdę przerażona, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie będę mogła umrzeć.”
Bóg nie jest okrutny, nie karze..  
„Ku swemu zdumieniu przekonują się, że kiedy świetlista istota widzi ich nawet najbardziej odrażające czyny, reaguje nie gniewem czy złością, lecz wyrozumiałością a nawet humorem.”(..)Wiele osób powróciło z nową koncepcją i nowym zrozumieniem przyszłego świata – wizją, która ukazuje niejednostronny osąd, lecz raczej wszechstronny rozwój, mający jako ostatni cel samorealizację. Wedle tego nowego poglądu rozwój duszy, zwłaszcza w dziedzinie miłości i wiedzy, nie kończy się wraz ze śmiercią.”
 Wiedza ma znaczenie…
„Wiedza, którą posiadam, jest formą pomocy, którą mogę świadczyć innym.”
Książka poruszyła kilka spraw, które nie dawały mi spokoju. Mianowicie – jedna ze spraw, która mnie przerażała – to błąkanie się duchów. Często miewałam lęki, że po śmierci będę się błąkać. Pocieszył mnie fakt, że w sumie niewiele spraw, rzeczy trzyma mnie na Ziemi. Oraz, że „ich stan był przejściowy”..
„Kilkanaście osób opowiadało mi, że w którymś momencie swej podróży po tamtej stronie spostrzegło jakieś istoty. Były one jakby „więźniami” jakiegoś nieszczęsnego bytu. Ci, którzy spotkali je na swojej drodze, zgadzają się co do kilku spraw. Po pierwsze stan emocjonalny tych istot uniemożliwiał im zerwanie więzów ze światem fizycznym. Jedna z badanych osób miała wrażenie, że duchy te nie mogły oderwać się od rzeczywistości fizycznej, gdyż były niewolniczo oddane sprawom tego świata: doczesnym dobrom, osobom lub nałogom. Po drugie, wszyscy wyczuwali, że duchy te błąkały się, co odróżniało je od innych istot. Po trzecie, ich stan był przejściowy i trwał do czasu uwolnienia się od ziemskich więzów.”
 Trudnym tematem pozostaje dla mnie także samobójstwo. Odczuwałam ogromny ból w sercu, z powodu łatwości jaką w Kościele mówi się o grzechach śmiertelnych, zapominając kompletnie o człowieku. Popełniasz samobójstwo? To grzech śmiertelny – nie zostanie wybaczony. Nie mogłam zrozumieć takiego podejścia. Sama doświadczyłam stanu krańcowej rozpaczy, kiedy śmierć wydaje się jedynym rozwiązaniem, jedyną drogą wyjścia. Wiem, co oznacza ten stan. Czy rozumiecie jak wielką siłą jest wola życia? Aby przeżyć człowiek może nawet popełnić wiele zła – zabić kogoś, zabrać jedzenie, nie podzielić się chlebem. Co więc musi się stać w człowieku, żeby dobrowolnie był w stanie odebrać sobie życie??! Jak wielkiego cierpienia musi doświadczać? Jakiej rozpaczy?

Przerażał mnie Bóg, który nie byłby zdolny do przygarnięcia człowieka, który popełnił samobójstwo w obozie koncentracyjnym.  Jednak staram się wierzyć, że Bóg jest bardziej miłosierny niż my i sam widzi z jakiego naprawdę powodu, w jakiej sytuacji człowiek popełnia ten dramatyczny czyn. Wiarę w miłość Boga budują słowa takie jak te:
„Mój przyjaciel, który przekroczył granicę „innego świata” na skutek śmierci klinicznej spowodowanej infekcją, kiedy zapytano go o takie sprawy, udzielił interesującej odpowiedzi. Wyraził przekonanie, że Bóg w swej naturze jest bardziej przebaczający i rozumiejący, aniżeli ludzie są w stanie sobie wyobrazić.”
 W książkach katolickich, które wspominałam na początku, też poruszono ten problem. Oczywiście w taki sposób, że znów obudził się we mnie wielki lęk przed Bogiem. Cieszę się, że Raymond także nie pozostawił tej kwestii. W sumie zaskoczyło mnie to, że jednak samobójstwo w wypowiedziach osób po śmierci klinicznej jawiło się jako zło i dało mi to znów do myślenia. Jednakże temat ten został poruszony w zupełnie innym klimacie, w zupełnie inny sposób. Z wielkim szacunkiem autor milknie przed pytaniami i pochyla się przed miłością Boga. Z tych wypowiedzi wyszłam w refleksji, a nie w lęku.

„Ludzie, którzy z różnych przyczyn chwilowo gościli po tamtej stronie, wyznają dość często, że powracali do życia z niechęcią. Natomiast Ci którzy dokonali próby samobójstwa, powracali z głęboką motywacją zmiany swojego życia, na nowo odnajdywali jego sens. Żaden z nich nie odważyłby się targnąć na siebie po razu drugi. Duża liczba osób, które „umarły” w naturalny sposób lub na skutek wypadku mówiła mi, że będąc w tym stanie doznała wrażenie, iż samobójstwo to bardzo niefortunny akt i ponosi się za niego karę. Jeden z mężczyzn, który przeżył śmierć kliniczną w następstwie wypadku, tak to ujął:
      Kiedy tam byłem, odczułem że dwie rzeczy są mi całkowicie zakazane – zabicie samego siebie i zabicie drugiej osoby. Jeśli popełniłbym samobójstwo, odrzuciłbym tym samym Boży dar życia, a jeśli zabiłbym innego człowieka, mógłbym pokrzyżować Boże plany względem tej osoby. 
Ktoś inny, kto przeżył śmierć kliniczną, powiedział mi, że podczas swojej bytności po tamtej stronie miał wrażenie, iż samobójcy zostają w jakiś sposób ukarani. Częścią ich pokuty miałoby być uczestnictwo w cierpieniach tych, którzy boleśnie odczuli ich utratę.”
Wiele problemu sprawia mi wciąż temat miłości. Boże przykazanie miłości bliźniego. W wypowiedziach, podczas przeglądania swojego życia, temat ten zawsze jest najważniejszy. Martwi mnie trochę, że nigdy nie padło pytanie o miłość do siebie. To polecenie „miłowania innych” doprowadza mnie do paranoi. Bowiem właśnie moja „wielka miłość” do mamy przyczyniła się w dużym stopniu do nerwicy. To taka miłość, która nie ma względu na siebie samego. Ja dziś nie potrafię kochać. Ponieważ nie potrafię kochać siebie, ani siebie zaakceptować. Mam nadzieję, że nie będę z tego powodu ukarana. Może całe życie zająć mi próba pokochania siebie. Może nie zdążę w swoim życiu pokochać drugiego człowieka taką prawdziwą miłością. A może policzone mi będą chociaż jakieś moje marne gesty wobec innych..Pod tym względem nie radzę sobie z ciągłym poczuciem winy…Miłość jaką poznałam, to miłość od Mamy – uzależniająca, zniewalająca, przejmująca kontrolę, karająca. Nie znam innej. I  jeśli to nie „ta” miłość, to ja nie wiem jak powinna wyglądać „ta”.

„Kiedy ujrzałam światło, spytało mnie najpierw „Czego dokonałaś, pokaż mi”.(…)A kiedy oglądałam poszczególne sceny nie widziałam światła. Zniknęło, jak tylko zadało mi pytanie, czego dokonałam, i kiedy zaczęły się ukazywać te obrazy (sceny z życia – przypis mój); ale wiedziałam, że ono jest ze mną przez cały czas, że mnie prowadzi przez te obrazy, bo czułam jego obecność, a od czasu do czasu robiło jakąś uwagę. Starało się w każdym takim obrazie coś mi pokazać. Jakby wcale nie chciało zobaczyć, co zrobiłam – to było mu wiadome – ale starało się wybrać pewne sceny z mego życia i ukazać mi je po to, bym je sobie przypomniała. Przez cały czas powtarzało, jak ważna jest miłość. (…)Dało mi do zrozumienia, że powinnam ze wszystkich sił dobrze czynić innym ludziom. A jednak nie było w tym nic z oskarżenia.(..)
 „Pytano mnie o miłość; czy nauczyłem się kochać. Wtedy rozumiałem wszystko doskonale, ale teraz trudno mi to wytłumaczyć. Owa istota chciałą, abym dokładnie wiedział, o jaki rodzaj miłości jej chodzi. Na pewno nie miała na myśli działania na szkodę innych, ale to, czy potrafię kochać nawet wtedy, gdy znam ludzi bardzo dobrze, nie wyłączając ich upadków i słabości.
Wspomniano o wiedzy jaką posiadłem. Jakiej wiedzy? Trudno mi to wytłumaczyć. Chodziło o tę dotyczącą elementarnych rzeczy, przyczyn ich istnienia, podstawowych zasad wszechświata.”

środa, 19 maja 2010

Sama sobie złym prorokiem

Całkiem niedawno przypomniało mi się pewne zdarzenie sprzed pierwszego ataku nerwicy. Myślę, że było to gdzieś około roku przed początkiem. Byłam na pierwszym roku studiów, podczas których braliśmy udział w zajęciach z filozofii. Były to zajęcia z grupy tych, które daje się studentom, żeby oprócz swoich normalnych zajęć znaleźli czas na refleksję, gdyż jak wiadomo studenci raczej takiego czasu nie mają zbyt wiele. Chyba generalnie, trzeba po prostu dostać w dupę i poczuć oddech śmierci, żeby zacząć się zastanawiać nad sprawami ostatecznymi.

Pamiętam, że z samych zajęć niewiele pamiętam, ale jedno pamiętam doskonale. Pewną pracę domową. Aby zaliczyć filozofię należało napisać rozprawę filozoficzną, ale temat każdy musiał sobie wybrać sam. Wiedziałam, że jestem dobra w pisaniu o rzeczach ogólnych, w tzw. „laniu wody”, w pisaniu słów pięknych, chwytających za serce. Wymyśliłam więc sobie temat, który będzie „łatwy” do napisania – coś, żebym mogła usiąść i puścić wodze fantazji…Jeszcze wtedy nie wiedziałam wiele o cierpieniu, mimo, że w wiele źródeł mojej nerwicy znalazło się w rodzinie, nie miałam zupełnie świadomości, że tak jest. Można powiedzieć, że nie wiedziałam, że różne złe zachowania są złe, ponieważ towarzyszyły mi od dziecka. Dopiero nerwica, a z nią wieloletnia terapia, zaczęły otwierać mi oczy na realia, w jakich żyłam.

A ja sobie wymyśliłam, że napiszę pracę o cierpieniu i odniosę się do niego sięgając do różnych postaw wobec życia – znanych w filozofii – stoicyzmu, epikureizmu..
Temat mojej pracy brzmiał  „Cierpienie – drzwi do wolności, szczęścia i Boga”..nie sądziłam, że niespełna rok później słowa te nabiorą dla mnie zupełnie nowego wymiaru.

Z perspektywy 10-letniego cierpienia słowa te nabrały dla mnie szczególnego znaczenia. Po pierwsze wolność – tego, czego w życiu brakowało mi jako jednej z nadrzędnych wartości – to wolności. Wolności do bycia sobą, do wyborów, decyzji, do uczuć, do życia…

W moim życiu przede wszystkim kierowało „muszę” i „powinnam”, a policjantem był i jest lęk. Brak wolności objął wszystkie moje sfery – począwszy od emocji, od stawania się i wyborów życiowych dróg, dokonywania złych wyborów i złych decyzji, popełniania błędów, odczuwania gniewu i złości, a skończywszy na DOBROWOLNYM byciu w Kościele…Ostatecznie nie doświadczyłam wolności w BYCIU człowiekiem. Nigdy nie pozwoliłam sobie na po prostu BYCIE człowiekiem. Wolność jest dla mnie dziś także najbardziej podstawowym warunkiem MIŁOŚCI. Wbrew pozorom wciąż nie wiem czym jest miłość i co to znaczy kochać. Wiem już dziś jedynie, że ofiarniczość nie jest miłością. Jedyne do czego udało mi się dojść na razie, że z miłością bardzo silnie związana jest wolność, którą daję drugiemu człowiekowi, jeśli go kocham. Jak dla mnie przejawia się ona oprócz pełnej akceptacji człowieka (oczywiście to nie znaczy, że akceptuję jak mnie leje, ale to inna dyskusja i napiszę o tym innym razem), także rezygnacją z manipulacji nim, rezygnacji z emocjonalnego wymuszania tego co chcę osiągnąć, a także m.in. z rezygnacji z uzależniania kogoś od siebie. Wszelkie uzależnianie nie jest wolnością.

Pierwszą i podstawową korzyść, jaką przyniosła mi nerwica, choć korzyść to może za duże słowo, to właśnie uświadomienie sobie, że podstawą miłości i warunkiem doświadczenia własnej godności i jest właśnie doświadczenie własnej wolności. Z tego także względu walczę o to, żeby nie bać się Boga, kiedy kolejną niedzielę nie jestem w Kościele, kiedy wkurzam się na kogoś, kiedy kogoś nienawidzę, kiedy odczuwam gniew i wściekłość, pozwalać sobie na to, żeby nie wszyscy mnie lubili, i żebym ja nie lubiła wszystkich i na wiele jeszcze innych, znacznie poważniejszych rzeczy.

Wolność jak dla mnie, w związku z tym, że jest warunkiem miłości, jest także warunkiem doświadczenia szczęścia. Wolność dzisiaj ma dla mnie szczególne znaczenie – w zasadzie to właśnie wolność staje się dla mnie drzwiami do szczęścia, do Boga – tak przynajmniej próbuję. Wolność do odczuwania tak jak czuję, a nie tak jak oczekuje ode mnie świat, rodzice, inni ludzie….A nawet wolność do popełnienia grzechu i wolność do tego, żeby tego grzechu nie popełnić…

I taka właśnie głupia i naiwna praca domowa..

sobota, 1 maja 2010

Komu potrzebna jest modlitwa?

Modlitwa. Niby sprawa jest oczywista. Wychowani w wierze katolickiej modlimy się od dziecka. „Ojcze nasz, któryś jest w Niebie…”. Z wiekiem słowa tracą znaczenie. Zostaje odmawianie. Od kiedy pamiętam modliłam się. Przez ostatnie 10 lat też się modliłam. O uzdrowienie. Po 10 latach modlitwy straciłam nadzieję, że moja modlitwa przyniesie uzdrowienie. Wtedy też uświadomiłam sobie, że nawet jeśli będę klęczeć codziennie po 10 godzin na grochu i odmawiać 20 różańców, to nie przyniesie mi uzdrowienia, bo Boga nie da się zmusić do uczynienia czegoś według własnej woli.

Wtedy też dotarło do mnie, że taka modlitwa ma dwie strony, i obie prowadzą do nikąd. Z jednej strony zrozumiałam, że taka błagalna modlitwa jest swego rodzaju próbą manipulacji Bogiem, który, jak mamy nadzieję, pewnego dnia ugnie się pod ciężarem naszych poświęceń, umartwień i błagań i spełni naszą prośbę – nasz pomysł na rozwiązanie danego problemu. A Bóg jest wolny, nigdy nie ulega manipulacjom. To z kolei prowadzi do pułapki, że Bóg jest bezlitosnym tyranem, który jest głuchy na nasze błagania. Bo bóg, w którego wierzyłam, właśnie taki mi się okazał po tych 10 latach modlitw. I odkryłam, że jeśli Bóg jest taki, to wiara jest gówno warta. Więc gdzieś, coś się nie zgadza. Gdzieś został popełniony błąd. Uświadomiłam sobie, że jeśli Bóg kocha ludzi bardziej, niż ludzie siebie samych i swoich bliskich, to moja modlitwa błagalna o moje uzdrowienie, bądź o uzdrowienie, któregoś z moich bliskich jest nic nie warta. A tylko wzmacnia wizerunek boga, który nie ma litości, który chce, żebyśmy błagali go, a on, zależnie od humoru, albo da komuś uzdrowienie, albo nie. Dziś nie wierzę w takiego boga. Nie wiem jaki jest Bóg, ale staram się ufać, że kocha bardziej niż my sami.

Dotychczas modliłam się w duchu „pomóż jej, uratuj go, uzdrów mnie proszę”. A dziś widzę wyraźnie, że taka forma modlitwy wzmacniała we mnie nie tylko nieprawdziwy wizerunek Boga, ale także nieświadome przekonanie, że to JA kocham bardziej człowieka niż Bóg, bo to MI bardziej zależy na jego dobru, zdrowiu i szczęściu niż Bogu, więc to JA błagam Boga o te dary.

Modlitwa w takim rozumieniu straciła dla mnie wszelki sens. Dlatego od 3 miesięcy się nie modlę w ten sposób. Próbuję znaleźć sens modlitwy na nowo, zrozumieć kto jej potrzebuje i dlaczego, a także, o co właściwie chodzi w modlitwie. Doświadczam obecnie cierpienia bliskiej mi osoby. Nie mogę do tej osoby pójść, porozmawiać, potrzymać za rękę, być z nią, otrzeć łzy. Na razie nie rozumiem o co chodzi w modlitwie. Jedyne co ma dla mnie sens, to usiąść przed Bogiem w ciszy i w ciszy, razem z Nim pójść do bliskich, dla których pragnę dobra. A jeśli pragnę dobra dla siebie, to też po prostu mogę jedynie usiąść w ciszy. Ta forma modlitwy jest jedyną, którą w ostatnim czasie mogę przyjąć sercem. Do czego to porównać? Wiele osób mówi, że modlitwa to jak rozmowa z bliskim człowiekiem. Ale jak mówić o rozmowie, kiedy to NIE jest rozmowa, taka jak ją znamy. Bowiem ja mogę teraz mówić, ale ON może teraz milczeć. Nie mogę na Niego popatrzeć, nie mogę też wziąć potrzymać Go za rękę, albo się do Niego przytulić. Jak więc mogę stworzyć relację? Znam tylko ludzkie relacje, mieszkam w ciele i nie potrafię być duchem, zachowywać się jak duch i myśleć jak duch, póki jestem człowiekiem w ciele. Nie potrafię stworzyć relacji, która jest między duchami, ponieważ jestem na Ziemi, mam rozum i umysł z ciała. Stworzenie relacji z Bogiem jest dla mnie trudne. Trochę jak mrówka, która ma stworzyć relację ze słoniem.

Tak więc jedynie co pozostaje to usiąść i milczeć i ufać, że On wie doskonale co dzieje się w moim sercu i nawet jeśli zdecydował teraz milczeć, to trwa swoim sercem przy mnie.

wtorek, 2 marca 2010

Nic do siebie nie pasuje

Częściej, niż rzadziej, doświadczam tego przykrego poczucia, że nic do siebie nie pasuje, że wszystko jest nie tak. Mam wrażenie, że to czasem smutniejsze doświadczenie, niż izolacja od ludzi. Jeśli spotykam się z człowiekiem, który doświadczył nerwicy, depresji, to czuję się blisko niego, czuję, że w tej szarej chmurze jesteśmy razem. Ludzie, którzy nie zostali jeszcze przez życie zmuszeni do pytań najważniejszych, wzbudzają we mnie przede wszystkim złość. To mieszanka agresji, zazdrości – „dlaczego Wy mając lat trzydzieści nie musieliście zadawać pytań o śmierć, czemu nie musieliście jeszcze o tym myśleć, czemu ja już musiałam? Dlaczego Wy macie jeszcze prawo doświadczać tej swego rodzaju beztroski życia na Ziemi, poczucia, że wszystko jest na swoim miejscu, i że Wy jesteście na swoim miejscu: dom, dzieci, praca, to jest to życie, w którym czujecie, że wszystko jest ok.” Taki wyraz złości.

Dziś spotkałam koleżankę z małym dzieckiem. Uderzyła mnie jej spokojna radość. Jest uśmiech dziecka, jest jej spełnienie, wszystko jest ok. Jest urlop macierzyński, jest praca. Uderzyło mnie to, a wręcz powaliło. Bo ja już tego nie doświadczam, nie czuję tego świata, w którym jakoś, raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie różne elementy do siebie pasują.

Dla mnie nic nie pasuje do siebie, wszystko odbieram na Ziemi jako chybione, jako nie tak. Lekarze powinni leczyć, ale nie zajmują się już przyczyną, tylko objawami. Przepisują tabletki, a my je kupujemy, sycąc pieniędzmi wielki rynek farmaceutyczny. Jak lekarz dziś powie, żeby odstawić cukier, jeść regularnie, jeść warzywa, zmniejszyć mięso. Nadciśnienie nie pochodzi samo z siebie.

W sklepie znajdujemy produkty z różnymi napisami – polecane dla matek w ciąży, zdrowe, bez cukru, bez polepszaczy, bez konserwantów – i wierzymy w to uparcie. Tymczasem prawda mija się sama ze sobą – bez cukru, a słodkie jak cholera, bez konserwantów, a data trwałości 2 lata, bez polepszaczy, a smak mocny i wyrazisty. Cudów nie ma. Jeśli jemy pomidory i ogórki zimą, to nie sądźmy, że są zdrowe. Wyhodowane na gąbkach, z dodatkiem substancji przyspieszających ich wzrost nie mogą nam służyć. Jeśli codziennie wcinamy chleb z białej mąki i ogromne ilości cukru rafinowanego nie sądźmy, że to nam nie zaszkodzi. Powoduje to szkody, które dadzą znać może trochę później, ale w sposób albo bardziej brutalny – bo to rak, albo bardziej upierdliwy – bo choroba przewlekła.

A praca? Osiem godzin dziennie przy biureczku. Lat trzydzieści, a człowiek już nie może zgiąć nadgarstka. Kręgosłup wysiada przy 35 roku. Potem kolana, albo i wcześniej. Zaraz oczy.

Jadę autobusem i nawet już czyjeś pomalowane paznokcie wprawiają mnie w zakłopotanie. Po co paznokcie pomalowane emulsją? Jaki to ma sens wobec smutku życia? Jaki ma sens zrobienie makijażu? Krótkie i złudne poczucie, że się lepiej wygląda niż naprawdę. Kobiety mają wpisaną w naturę potrzebę podobania się. Czasem ta potrzeba mnie też dobija. Więc czasem pomaluję paznokcie i zrobię makijaż. Ale poczucie „nie na miejscu” wciąż nie odpuszcza.

Codziennie tłumy w galeriach handlowych. Jaki to ma sens, po co? Co jest normalnością? Zatraca się granica.

W ciemności wszystko stoi na głowie. Nic do siebie nie pasuje. Dobrze, że chociaż pójście do lasu ma dla mnie swój porządek rzeczy i logikę. Z resztą gorzej. Kto jest po dobrej stronie lustra? Jak długo można wrzeszczeć na ludzi i wkurzać się na nich, że jesteśmy po różnych stronach? Ale widzę, że nie potrafię odpuścić.

Wczoraj pierwszy raz od dawna myśl o życiu po śmierci przyniosła mi ulgę. Może nawet miałam przebłysk wyobrażenia Boga jako dobrego, który mnie przygarnie. Nic do siebie nie pasuje. Dzisiaj nawet Kościół i Msza nie pasują mi do Boga. Nie potrafię pójść na Mszę, bo czuję, że to miejsce zupełnie nie jest do pogodzenia z Bogiem. Tutaj sztywność, kazania, wciąż te same puste słowa, a tam Bóg – niepojęty, niesztywny – chyba..Tutaj ludzie, którzy czasem myślą, że zrozumieli umysł Boga, a tam On – niepojęty, tajemniczy.

„Myśli moje nie są myślami waszymi” – więc jak przybliżyć się do Boga? Jak zaufać Mu i uwierzyć, że On nas rozumie, skoro Jego myśli są nam obce? Nie wiem co zrobić, aby przestać się Go bać. Nie wiem co zrobić, aby życie wieczne stanowiło uzasadnienie sensu tej codziennej walki o wytrzymanie w pracy, o wytrzymanie w życiu.

wtorek, 16 lutego 2010

I po cholerę on wrócił, ten mój brat marnotrawny

Jestem wściekły. Cholernie wściekły. Dziś wrócił mój brat. Nie było go tyle lat, a dziś sobie po prostu przyszedł. Wziął kasę, wydał ją na laski i wrócił, jakby nigdy nic. A ojciec, naiwny, dał mu jeszcze swoje najlepsze ubranie, zabił cielaka i zrobił ucztę! Ja rozumiem, że ojciec się cieszy, w końcu ma całego i zdrowego syna, ale przyjęcie to już przesada. Ja też się martwiłem przez te lata co z nim, ale jednocześnie byłem wściekły na niego. W ogóle jak on mógł?! Wziął kasę i poszedł. Uważałem go za łajdaka, nikczemnika. Przecież widziałem codziennie ojca, jak się martwi, jak staje na progu drzwi i wygląda, patrzy w dal. Widziałem to cholera często. Chciałem ojca jakoś pocieszyć. W końcu miał jeszcze mnie, więc musiałem sprostać zadaniu. Byłem przy nim zawsze, pomagałem mu. Nigdy nie wyprawił mi takiej uczty!

Jestem wściekły. Jestem wściekły, bo mu cholernie zazdroszczę. Wziął kasę i żył jak chciał. Na pewno wydał ją na prostytutki. Ja nigdy nie miałem kobiety. Co prawda jakieś są w naszej wsi, ale zawsze byłem nieśmiały. Cholera, bałem się ich. Dlatego jak już coś mogło być poważniejszego, to ja uciekałem. Zresztą w końcu byłem tym dobrym synem. Przecież musiałem ojcu pomagać, więc jak mogłem myśleć o własnym życiu? A życie? On to świat zobaczył. Kawał świata. Żył na własną rękę. A ja? Tylko naszą wiochę znam. Też bym chciał sobie tak popodróżować. Może cholera, nigdy nie miałem odwagi. Nigdy nie miałem na tyle odwagi, żeby ojcu się sprzeciwić. Jednak nasz ojciec to ojciec. Co miałem mu powiedzieć, że ja też sobie idę? Miałem taki zawód mu sprawić? A może by się wściekł i nie dał mi mojego majątku. Może bym wtedy został bez kasy. Zresztą, a jakby mi się nie powiodło, to skąd miałem wiedzieć, że ojciec mnie potem przyjmie? Fuck, ja też chciałbym żyć inaczej. Tylko kurwa się boję. Jestem wściekły bo mu zazdroszczę. Ma wszystko – zrobił co chciał, poszedł gdzie chciał, uciech miał od groma i jeszcze ma taką miłość ojca, i tą całą imprezę…Ja się nigdy nie odważyłem nawet ojcu sprzeciwić. Bałem się takiego ryzyka. Przecież gdybym sobie poszedł, to musiałbym sam dbać o siebie. U ojca to jednak zawsze i jeść było i gdzie spać. Ale nie jestem szczęśliwy. Czasem się nienawidzę. Gdyby cholera on nie wrócił byłoby spokojnie. Po co to wszystko, wszystko mi poprzewracał. Co mam zrobić z tymi uczuciami?

No tak, cieszę się, że wrócił, bo przecież jestem dobrym człowiekiem. To właściwie ja jestem tym lepszym człowiekiem, bo byłem posłuszny ojcu, zawsze pełniłem jego wolę, nigdy się nie przeciwstawiłem, więc przecież nie mogę bratu źle życzyć. Ale kurwa, jestem na niego wściekły. Nienawidzę go! Cholera, wiem, że to grzech, wiem. Przecież jestem dobrym człowiekiem, nie mogę tak mówić, nie mogę tak myśleć. Kurwa, kurwa, kurwa..pieprze to wszystko, pieprzę…tyle lat byłem posłuszny, tyle lat…co jest nie tak?? On jest zły, a ma tyle, a ja jestem dobry i co? Jestem szczęśliwy? Gówno!! Nie jestem szczęśliwy. Więc co zrobiłem nie tak, co do cholery?? Ciekawe czy ojciec też mnie by tak przywitał? A może mnie nie, może tylko go tak kocha? Może zawsze kochał go bardziej.”Dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, należy do Ciebie.” – ale co z tego..co z tego…

Mam do ojca żal, nie rozumiem, jak mógł mi to zrobić. Nie rozumiem.

Zazdroszczę mu. Może właśnie to mnie boli najbardziej. Zazdroszczę mu tego gestu ojca, nawet tego przebaczenia. Mnie ojciec nigdy nie miał powodu nic przebaczać. W końcu byłem nieskazitelny. Zawsze pomocny, zawsze pod ręką. Brak mi było też odwagi, żeby pójść swoją drogą. Bałem się ryzyka. W końcu tam w świecie nie wiadomo co. Mam zupełnie inny charakter. Tak, jestem strachliwy. Nie odważę się nigdy na taką drogę jak mój brat. Wiem, oskarżam go o najgorsze. Nawet nie wiem, co tam robił na wyjeździe, może jeszcze nie chce wiedzieć, jak wtedy uporam się z zazdrością. Może wcale nie wiódł złego życia, ale jak się tego dowiem, stracę nawet moje marne poczucie bycia lepszym niż on. A jeśli tak było? Eh cholera…Nienawidzę go w tej chwili. Wiodłem spokojne życie. Nie musiałem myśleć nad sobą, nad swoim życiem. A ten powrót wszystko poprzewracał.

Muszę to przemyśleć. Może ja też popełniłem błąd? W końcu, gdybym był szczęśliwy naprawdę, nie wściekł bym się tak teraz, nie zazdrościł bym mu. Może żyłem tyle lat w obłudzie, do tego jak tchórz. Rezygnowałem ze swojej drogi, ze swojego dojrzewania, nawet kosztem odmowy ojcu, zyskując jedynie życie w obłudnym poczuciu bycia lepszym. Czego więc właściwie pragnę? Czego ja chcę? I czy ojciec nadal będzie mnie kochał, jeśli pozna moje prawdziwe ja?

sobota, 13 lutego 2010

Ja brat syna marnotrawnego

W końcu znalazłam się w takiej chwili, w której już nie wypowiadam sie łatwo o intencjach Boga, o tym co myśli, czy jak myśli. Nawet nie chcę tłumaczyć tego co przeżywam z Jego punktu widzenia, bo wiem, że łatwo mogę zboczyć i wejść w zaułek naszego ludzkiego rozumienia. Będąc przez wiele lat wierną katoliczką przyzwyczaiłam się do wielu prostych i jasnych odpowiedzi, zawartych w kazaniach i katechiźmie. A także do trwania na swego rodzaju piedestale w postaci bycia w najlepszej i najmądrzejszej religii świata posiadającej monopol na wiedzę o Bogu. Mam wrażenie, że wielu katolików dziś łatwo wpada w taką postawę. W każdym bądź razie ja taka byłam. Więc teraz się trochę wycofałam, bo już dłużej nie chcę ani wiary opartej na lęku, na poczuciu winy, obowiązku, przyzwyczajeniu, bezpiecznego zaułka, w którym można przesiedzieć zimę. Jak ten syn drugi, brat syna marntorawnego, który trwał przy ojcu, bo nigdy nie miał odwagi pójść swoją drogą, który trwał, a jak wrócił drugi brat, czuł się nieszczęśliwy i zazdrosny. O nim rzadko się mówi, a ta postawa jest mi tak bliska.

Myślę, że doświadczenie własnej wolności, którą Bóg nam daje, jest niesamowicie ważne. Zwłaszcza kiedy człowiek długo żył w zniewoleniu i myślał, że to miłość, bo tak mówili inni.
Dziś stoję na obrzeżu Kościoła, sama i wyciszona, że odkryć prawdziwego Boga. Odwróciłam się od boga, którego sama sobie wymyśliłam, którego wmówili mi inni.
Dlatego, stoję wobec Niego, jak wobec wielkiej Tajemnicy i nie chcę otrzymywać łatwych i prostych recept ani odpowiedzi. Stąd też wiem, że nikt nie może powiedzieć mi czegoś takiego, co pomoże mi Go doświadczyć, że to się musi stać gdzieś tylko między nami.

Rzeczywiście moja bezradność czasem już zabiera mi nadzieję. Miałam wiarę długo dość, że Pan mnie uzdrowi, bo tak mówili mi inni i takie dostawałam słowa. Ale już dziś wiary w to nie mam, i może to i dobrze, bo Boga już nie naciskam, i w końcu sama daję Mu jakąś wolność.


Ja mojego sensu życia wciąż szukam. Szukam też prawdziwego Boga. Próbuję poznać Boga miłosiernego, bo wciąż jestem poddawana nieustannym oskarżeniom w mojej głowie. Boga, który faktycznie szanuje moją wolność i nie ukarze mnie za moje pójście za sercem, za tym co czuję, za szczerość wobec Niego. Takiego, który nie zostawi mnie jak umrę. Spośród wszystkich lęków najgorszą wizją jest zostawienie w czarnej nicości po śmierci. Lub ze złem. Podczas jednego z moich "odjazdów" z tego świata, jeszcze w bardzo ostrej fazie nerwicy, doświadczyłam tego. Zresztą lęk w moim życiu jest juz od kiedy pamiętam. A od 10 lat w takiej chorej formie.

No i czekam, aż Pan się da poznać, jako dobry Bóg..